- W tym roku zagraliśmy słabo, ale za rok w Serbii są następne mistrzostwa i następna szansa. Oczywiście najpierw trzeba do nich awansować. Po każdej porażce prawdziwy sportowiec podnosi głowę. My to teraz musimy pokazać - deklaruje Sławomir Szmal. Z bramkarzem reprezentacji Polski rozmawiał Marek Skorupski z magazynu "Handball Polska".
Sławomir Szmal, podobnie jak cała kadra, nie zaliczy turnieju w Szwecji do udanych (fot. Handball Polska)
Czy trudno było zasnąć po porażce w meczu o 7. miejsce z Węgrami?
Sławomir Szmal: - W ogóle nie poszliśmy spać, gdyż o 4.30 rano mieliśmy wyjazd na lotnisko. W pokojach długo rozmawialiśmy o tym co się wydarzyło, bodajże do godziny 3.00. Nie było sensu kłaść się na godzinę do łóżek. Rozmawialiśmy o wszystkich meczach, bo tak naprawdę mistrzostwa mogły potoczyć się różnie. Dla każdego z nas marzeniem jest pojechać na olimpiadę do Londynu. Od nikogo z chłopaków nie usłyszałem, że to dla niego zbyt odległa perspektywa. Każdy z nas ma nadzieję awansu na olimpiadę i jesteśmy gotowi zrobić wszystko, aby tam zagrać.
Sami sobie jednak bardzo skomplikowaliście drogę w tamtym kierunku...
- Teraz już się tego nie zmieni. To się stało. To jest dla nas spora nauczka. Musimy wyciągnąć z tego właściwe wnioski.
Czego wam przede wszystkim zabrakło? Formy, zgrania, czegoś innego?
- Kilku rzeczy. Na boisku widać było, że brakowało nam linii zgrania. Mając przewagę kilku bramek, tak było np. z Serbią czy Węgrami, nie można było tak szybko jej roztrwonić. Potrafiliśmy zrobić to w zaledwie dwie minuty. To był na pewno nasz mankament. Musimy skoncentrować się na rzeczach, które trzeba poprawić. Rozpatrując indywidualnie, było kilku zawodników, którzy zagrali lepiej. Były nowe twarze, które weszły do zespołu i zaprezentowały się znakomicie. To jest pozytyw tych mistrzostw, że tworzy się grupa, która będzie rywalizowała ze sobą o miejsce. To jest ważne.
Pojawiały się opinie, że polscy zawodnicy z Bundesligi są zbyt przemęczeni sezonem?
- Trudno to komentować, ale praktycznie w każdej reprezentacji grają zawodnicy z Bundesligi. Po każdym było widać trudy sezonu. Nie może to być jednym wytłumaczeniem, ale faktycznie jesteśmy jedenaście miesięcy cały czas w ruchu. Mamy tak naprawdę tylko cztery tygodnie przerwy. Wracając do klubów jesteśmy zobowiązani prezentować jak najwyższą formę. Biorąc to pod uwagę można się zgodzić, że dla niektórych zawodników nie były to udane mistrzostwa.
Szwedzi przez długi okres zaliczani byli do najlepszych drużyn świata. Jednak nie uniknęli, m.in. dzięki Polakom, kilku lat posuchy. Co zrobić, aby nie powtórzyć syndromu szwedzkiego?
- Pamiętajmy, że na początku naszych karier zaczynaliśmy grę od preeliminacji i nie za każdym razem udawało się nam awansować. Od 2007 roku zawsze imprezę kończyliśmy w pierwszej dziesiątce. Utrzymać wyniki w czołówce jest naprawdę ciężko. Czasami mistrzostwa pokazywały, że trzeba mieć trochę szczęścia. W tym roku zagraliśmy słabo, ale za rok są następne mistrzostwa i następna szansa. Oczywiście najpierw trzeba do nich awansować. Po każdej porażce prawdziwy sportowiec podnosi głowę i walczy dalej. My to teraz musimy pokazać.
Na kapitanie zespołu ciążą większe obowiązki niż na pozostałych członkach drużyny. Czy pana zdaniem czas niektórych zawodników w reprezentacji Polski już się skończył, czy też jedna nieudana impreza nie może przekreślić ich przydatności do zespołu narodowego?
- Do dziś pamiętam mój słaby występ w mistrzostwach Europy w Norwegii, gdzie nie miałem znakomitej formy. Gdybym wówczas został skreślony, to nie byłoby mnie teraz w kadrze. Uważam, że każdy tak długo powinien dostawać swoje szanse, jeżeli wkłada w grę całe swoje serce i wszystkie siły. Nie można mu tego odbierać.
Na początku marca czeka was kolejne wyzwanie. Dwukrotnie zagracie ze Słowenią w kwalifikacjach do mistrzostw Europy...
- To będą dwa bardzo trudne mecze. Chcąc awansować trzeba przynajmniej jeden z nich wygrać. Na pewno odzyskamy wiele sympatii kibiców, gdy tę rywalizację zakończymy z kompletem punktów. Wiem, że Słoweńców podejmiemy w Zielonej Górze. Słyszałem wiele pozytywów na temat miejscowych kibiców, ale nie miałem jeszcze okazji o tym osobiście się przekonać.
Więcej w magazynie Handball Polska. Zamów prenumeratę!