Bogdan Kowalczyk w rozmowie ze "Sportem", przyznaje, że nieudany występ biało-czerwonych na mistrzostwach świata był wstrząsem, który był potrzebny drużynie narodowej. Były trener reprezentacji Polski i obecny opiekun szczypiornistów Azotów Puławy nie widzi w jasnych barwach przyszłości szczypiorniaka nad Wisłą.
Bogdan Kowalczyk wierzy, że Polacy ciężką pracą powrócą do wysokiej formy (fot. vivetargi.pl)
Jakie to miały być mistrzostwa?
Bogdan Kowalczyk: - Na każdym kroku powtarzano, że mamy ogromne szanse na medal. Byłem skory w to uwierzyć. Przecież mamy zawodników na światowym poziomie, grających na co dzień w najlepszych ligach, odgrywających w nich kluczowe role. Dlaczego więc nie miałem myśleć, jak chyba większość kibiców, że to powinny być nasze mistrzostwa? Tym bardziej, że układ grup był dla nas korzystny. Teoretycznie do samego półfinału omijaliśmy największych. W drugiej fazie była dopiero Dania i Chorwacja. Powinniśmy przejść do tego etapu z kompletem punktów i spokojnie walczyć o najlepszą czwórkę. Tuż przed samym mundialem dobry nastrój zmąciły doniesienia o kontuzjach, ale i tak do końca wierzyłem.
Dlaczego nic nie wychodziło?
- Od zawsze o wyniku w szczypiorniaku decydują bramkarz i druga linia. Jeżeli nie ma rzutów z dziewiątego metra, to nie da się wygrać. A u nas właśnie ten element zawiódł najbardziej. Brakowało „petard" Bieleckiego, Tkaczyka, Lijewskiego, do których nas przyzwyczaili. Mieliśmy wielkie problemy w ataku. Dopóki rywal grał obroną w linii, jakoś nam szło. Większość przeciwników ustawiała defensywę wysoko 5-1 albo 3-2-1 i nie mogliśmy sobie z tym poradzić. Sztab szkoleniowy miał rozpracowanych rywali, ale sytuacja na parkiecie zmieniała się dynamicznie. Brakowało reakcji na boiskowe wydarzenia. Nie byliśmy również przygotowani w obronie. Cały czas staliśmy 6-0. Tak w tej chwili się nie gra. Trzeba mieć opracowane różne warianty pod różne zespoły. A tego nie było.
Czyli to były stracone mistrzostwa?
- Można tak powiedzieć. Myśleliśmy o medalu, choćby o kwalifikacji do turnieju eliminacyjnego igrzysk w Londynie. Z planu nic nie zostało zrealizowane. Dodam przewrotnie, że może i dobrze, że tak się stało. Niektórzy pograją w reprezentacji jeszcze przez dwa, trzy lata. Fala krytyki i niesmak po mundialu może zmobilizuje ich do większej pracy, bo Londyn to ich ostatnia szansa. Myślę, że ten wstrząs był potrzebny.
Co dalej z polskim szczypiorniakiem?
- Przyszłość nie rysuje się w różowych barwach, o czym przekonują słabe wyniki drużyn młodzieżowych. Dlatego na wyróżniające się jednostki musimy chuchać i dmuchać. Trzeba mądrze je prowadzić, bo nie jesteśmy Islandią. W kraju, który ma nieco więcej mieszkańców niż Radom, szczypiorniści mimo to rodzą się na kamieniu. Ale nic w tym dziwnego. Ten naród ma charakter do sportu. Islandczycy są bez kompleksów, zawsze mówią, że są najlepsi. To są prawdziwe walczaki. Zresztą wszystkie kraje nordyckie tym się wyróżniają. Mecz Dania - Szwecja był pokazem prawdziwej piłki ręcznej. Tam nikt nie kalkulował, czy trafi na Francuzów. To była święta wojna, którą należało wygrać.
więcej w "Sporcie"